Kaziuk ze smartfonem, czyli dlaczego wyśmiewanie AI to powtórka z rozrywki
Jestem nauczycielem. Na co dzień kombinuję, jak zaciekawić dzieciaki światem, a w ramach szkolnego Studio Pozytywka prowadzę z nimi zajęcia medialne. Mój cel jest prosty: wpoić młodym ludziom, jak korzystać ze współczesnych zdobyczy techniki mądrze, bezpiecznie i z wyobraźnią. Siłą rzeczy, przygotowując lekcje czy szkolne projekty, produkuję materiały na masową skalę: plakaty, grafiki, podkłady muzyczne, klipy.
Nadal regularnie zarywam wieczory w klasycznych programach graficznych i edytorach wideo. Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej fascynujące? Kiedy wypuszczam w świat gotowy materiał, mało kto potrafi już odgadnąć, co nakręciliśmy szkolną kamerą, co kupiłem z licencjonowanego banku ujęć, a co wygenerowałem przy pomocy modeli sztucznej inteligencji w kilkanaście sekund.
W sieci regularnie wybucha święte oburzenie: „Przecież to nie jest prawdziwe zdjęcie! To wypluł algorytm, tu nie ma duszy!”.
Kiedy ostatnio zrobiliście „prawdziwe”, całkowicie analogowe zdjęcie? Wyciągacie z kieszeni smartfon, klikacie fotkę psu na kanapie przy marnym świetle żarówki, a w ułamku sekundy miniaturowy procesor odpala procedury godne misji kosmicznej. Algorytmy sztucznej inteligencji same decydują o kontraście, sztucznie odszumiają tło, doświetlają pysk zwierzaka, podbijają zieleń na dywanie i wyostrzają wąsy. Dzisiejsze aparaty w naszych kieszeniach nie są już mechanicznymi puszkami rejestrującymi światło – to potężne maszyny matematyczne, które decydują za nas o parametrach kadru.
Potem przychodzi twórca, siada do programu, odpala inteligentne suwaki retuszu i poprawia ujęcie, żeby nadać mu własny styl. Na to obrońcy tradycji krzyczą: „Ale to już nie jest twoje!”. A czyje? Przecież to człowiek wymyślił ten kadr, wybrał moment, miał pomysł na nastrój i klimat.
„My dajemy iskrę, a maszyna mieli tryby.”
Pomyślmy o dawnym malarzu. Artysta tygodniami mieszał pigmenty, pocił się w pracowni, zamalowywał dwudziestą wersję tego samego profilu, rzucał pędzlami o ścianę i nierzadko – ze zwykłego fizycznego wyczerpania materiału – porzucał genialną koncepcję, bo zabrakło mu cierpliwości, sił albo czasu. Dziś mamy nad nim potężną przewagę: możemy przetestować sto wariantów naszej myśli w godzinę, odrzucić ślepe zaułki i dopracować pomysł dokładnie do takiego stanu, jaki zrodził się w naszej głowie.
🌾 Syndrom Taplar i lęk przed kosą
Gdy słucham dzisiejszych internetowych purystów wieszczących upadek cywilizacji, stają mi przed oczami mieszkańcy Taplar z Konopielki Edwarda Redlińskiego. Pamiętacie tamtejszą filozofię życiową? Żyto należało żąć wyłącznie na kolanach, mozolnie, garść po garści, tępym sierpem. Bo tak robili ojcowie i dziady. Kosa? Kosa to był grzech, diabelski wynalazek, profanacja tradycji i pójście na łatwiznę dla leniów. A potem do wsi zawitała melioracja, szkoła i prąd elektryczny – i znowu zgroza, bo jak to tak, żeby żarówka świeciła bez nafty i knota?
Żęcie sierpem na kolanach
„Tylko pot, rany na dłoniach i ból krzyża świadczą o prawdziwej pracy. Kosa to oszustwo i diabelskie lenistwo.”
Negowanie algorytmów
„Tylko ręczne kropkowanie przez 300 godzin ma wartość. Modele AI to kradzież, chodzenie na skróty i brak duszy.”
Współcześni krzykacze wyśmiewający AI zachowują się kropka w kropkę jak taplarscy gospodarze, którzy jakimś cudem dostali dostęp do światłowodu. W ich mniemaniu praca ma wartość tylko wtedy, gdy okupiona jest bólem krzyża, mechanicznym mozołem i marnowaniem setek godzin na powtarzalne czynności.
Najbardziej komiczna jest w tym wszystkim piramidalna hipokryzja. Ci sami zacięci tradycjonaliści wylewają swoje żale na forach, stukając w szklane ekrany smartfonów, których klawiatury odgadują ich myśli dzięki sieciom neuronowym. Następnie ich hejterskie tyrady są selekcjonowane, moderowane i pozycjonowane przez algorytmy rekomendacyjne platform społecznościowych, żeby mogli zebrać upragnione zasięgi. Plują z obrzydzeniem na drzewo technologii, jednocześnie siedząc na jego gałęzi i wcinając owoce.
A jeśli ktoś z tych gorliwych strażników „starych dobrych czasów” nie czytał Konopielki, to nasuwa się proste pytanie: co wy właściwie robicie jeszcze przed komputerami i telefonami napędzanymi przez AI? Natychmiast wyłączyć ekrany, odpiąć ładowarki i marsz do biblioteki! Wypożyczyć papierowy tom, poczuć zapach kleju introligatorskiego, siąść przy świeczce i tam, w bezpiecznym cieniu regałów, bronić świata przed potęgą procesorów.
⏳ Strach przed nowym narzędziem jest stary jak świat
Prawie dwieście lat temu malarze rwali szaty, że fotografia to śmierć sztuki, a fotograf to bezczelny oszust, który tylko „bezmyślnie wciska guzik”. Kiedy na drogi wyjechały pierwsze powozy parowe, brytyjskie prawo nakazywało, by przed każdym pojazdem biegł człowiek z czerwoną flagą, ostrzegający przechodniów przed szatańską maszyną. Kiedy stawiano pierwsze maszty radiowe, z powagą dowodzono, że niewidzialne fale zniszczą pogodę, a krowy przestaną dawać mleko. Kilka lat temu oglądaliśmy przecież ludzi podpalających maszty 5G ze strachu przed zagładą ludzkości.
Sztuczna inteligencja jest w gruncie rzeczy tym samym, czym w swoich epokach były ogień, koło, maszyna parowa, prąd czy internet. To kolejny skok ewolucyjny.
Czy technologia niesie ze sobą ryzyko? Oczywiście, że tak. Alfred Nobel nie wynalazł dynamitu, by wysadzać pociągi i rujnować miasta – chciał bezpieczniejszej pracy w kamieniołomach i kopalniach, choć z czasem z przerażeniem patrzył na militarne zastosowania swojego dzieła. Fizycy badający rozszczepienie atomu szukali klucza do tajemnic materii i niewyczerpanego źródła energii, a nie grzybów atomowych nad Hiroszimą.
Ogień potrafi ogrzać dom i ugotować obiad, ale potrafi też puścić z dymem całą wieś. To nie płomień decyduje o pożarze, tylko ten, kto trzyma pochodnię. Z AI jest dokładnie tak samo. Najgorsze, co możemy zrobić, to wyśmiewać to narzędzie, udawać, że go nie ma, albo z góry okrzyknąć je wrogiem. Wrogiem staje się to, czego nie rozumiemy i czego boimy się okiełznać.
🎵 Wizja kontra manualna wirtuozeria
Będę używał narzędzi sztucznej inteligencji dopóty, dopóki będą mi praktycznie pomagać w pracy. Będę nucił melodie do telefonu, wymyślał słowa piosenki, a wtedy wrzucał to do narzędzia AI, by mi to wyprodukowało, mimo iż i tak większość powie, że samo się zrobiło. Dzięki temu tworzę szybciej, sprawniej i mam dostęp do możliwości, o których dawniej mógłbym tylko pomarzyć.
Bo nie mam wykształcenia muzycznego, nie spędziłem dekady na ćwiczeniu gam na skrzypcach, ale mam w głowie jasną wizję piosenki: słowa, nastrój, tempo i melodię. Dlaczego brak manualnej wirtuozerii miałby zamykać mi drogę do stworzenia utworu dla dzieciaków na zajęcia? Czemu mielibyśmy sami siebie dyskryminować i rezygnować z kreacji tylko dlatego, że nie opanowaliśmy wąskiego rzemiosła wykonawczego? Chcę stworzyć piosenkę, więc biorę narzędzie, ustawiam parametry, szlifuję aranżację i powołuję ją do życia.
Pamiętacie wieszczenie śmierci drukowanych książek, kiedy na rynku pojawiły się czytniki e-booków? Pamiętacie, jak płyty winylowe miały bezpowrotnie zgnić na śmietniku historii z powodu plików MP3 i serwisów streamingowych? Dziś papierowe książki pachną na półkach w najlepsze, a winyle przeżywają swój największy renesans od dekad – ludzie płacą małe fortuny za trzask igły, fizyczny kontakt z okładką i unikalny dźwięk.
Dokładnie to samo wydarzy się z twórczością w erze AI. Kiedy minie pierwszy zachwyt tym, że komputer potrafi wypluć fotorealistyczny obraz w pięć sekund, rynek ustawi nową, zdrową hierarchię. To, co stworzone w pełni ręcznie – unikalne, niedoskonałe, okupione fizycznym wysiłkiem i czasem człowieka – stanie się luksusowym towarem dla koneserów. Sztuczna inteligencja nie zabije tradycyjnego rzemiosła; ona sprawi, że zaczniemy je cenić jeszcze bardziej.
Przestańmy więc kpić z technologii i kręcić nosem na narzędzia, które otwierają przed nami niespotykane dotąd perspektywy. Nasze techniczne braki, ograniczenia sprzętowe czy brak wąskich umiejętności manualnych przestały być wreszcie murem nie do przebicia. Zamiast z wyższością pocierać o siebie dwa patyki i udawać dumnego jaskiniowca – nauczmy się po prostu bezpiecznie używać zapałek. Czas odłożyć sierp, wyjść z Taplar i zacząć tworzyć.
